addalert addcircleoutline addlocation add arrow-down-left arrow-down-right arrow-enter arrow-left arrow-right arrow-up-right ascent assessment bin bookmarkoutline calendar-add calendar camera caret-down caret-left caret-right caret-up check chevron-down chevron-right clock close cloud-upload cog collectionsbookmark content-view-grid content-view-list datacheckerflag1 datadownload data-upload descent directions expandhorizontal expand-horizontal-2 expand-horizontal expand-vertical eye-off eye fileadd1 filecopy filenew2 filestatisticadd2 filetaskssubtract file-images-upload fullscreenexit gauge groupadd heart home infooutline info link list-number location-pin lock logout map mobile morevertical mylocation navigateprevious navigation-drawer nearme noteadd pen pencil-write pencil personoutline pindrop place playcirclefilled playlistaddcheck power-button publish refresh remove return routes-favourites scissors search share starhalf staroutline star supervisoraccount synchronize2 text-redo time-upload timeline timer track-route trendingflat trendingup user-add users visibility vote-star-banner warning zoomin badge1 medal3 medal5 starbanner starcircle starsubtract

Zazynek 2017 Augustów

287 km Distanz
370m Aufstieg
370m Abstieg

(1 Bewertung)

Nie ukończywszy Zażynku w 2016 roku przyrzekłem sobie że nie odpuszczę aż nie ukończę. Przygotowując się do startu i mając doświadczenie z poprzedniej edycji postanowiłem porządnie się wyspać i odpuścić rowerowanie jednak z jednym i drugim był problem - spać się nie chciało a po przygotowaniu roweru na tydzień przed imprezą nie odmówiłem sobie małego mini mini w lesie Antoniukowskim. Wiedząc że będą cztery pętle i słaba pogoda przygotowałem pięć kompletów ciuchów, dwa jak na lato i trzy na zimniejszą oraz deszczową aurę, oraz pełno rękawic, bandanek i czapek gdyż jazda w mokrym żadna przyjemnością nie jest, a pogodynka jak się okazało nie kłamała. Na trasę spakowałem bananowe batony, galaretki i sezamki, żele zastąpił miód z coca cola w mini bidonie chociaż miałem zapaśne dwa na wypadek wojny. Do bagażu trafiła kupa niewykorzystanych rzeczy jak menażka, termos, apteczka, skrzynka narzędziowa czy cukierki z kawą choć żałuję że tych ostatnich nie brałem ze sobą na trasę ale o tym później.

Tak przygotowany wyruszyłem z Gosią do Augustowa - debiutantką na Zażynku choć wytrwała z niej kolarka bo juz miała za sobą dystans maksymalny ponad 160 km. Przed jedenastą byliśmy na miejscu, co drugi uczestnik to znajomy z poprzedniej edycji i kilku wyjadaczy 300tki poza Stasiejem bo chłopak ćwiczył ultra gdzieś w Polsce. Organizatorzy, Krzysiek i Adam powitali nas gorąco zapewniając, że będzie ładna pogoda do wieczora - w nocy ma padać ale kiedy? Rosyjskie radary podawały inna godzinę, zdjęcia satelitarne co innego - jedno było wiadomo, będzie lało i do tego czasu musimy pyknąć dwie pętle łącznie około 150 km w 6-7 godzin aby mieć komfort. Na starcie pojawił się Jacek - pojedzie pierwszą pętlę bo potem śmiga na balety w Augustowie a wraz z nim Adam jednak nie będzie śmigał - robi za kierowcę, a szkoda bo towarzystwo by było zacne. Jest i młoda para kolarzy, których pamiętam z Czarnej z uśmiechem na twarzy szykują się do jazdy, a po chwili spotykam starych wyjadaczy - trzy rowery w aucie i kupa części i tak powstaje rower do zadań specjalnych pamiętający nie jeden wyścig.

Czas i na mnie - wciskam się w letnie ciuchy, 17 stopni więc nie ma co sie grzać jednak asekuracyjnie wciągam letnie rękawki i kompresyjne podkolanówki, za mapnik robi lemondka zamocowana odwrotnie do kierownicy na, której również miejsce znalazły dwa reflektory led. Gotowi po krótkiej odprawie wsiadamy i formuje sie mała łącznie ponad 10 osób - trzymamy średnia ponad 20 km/h i w doborowym towarzystwie na pogawędkach kończymy pętlę ze średnia 24,7 km/h. Trasa dość łatwa i przyjemna, pogoda dopisuje - na start organizatorzy pozwolili nam poznać green velo aż do Mikołajewa i parę szlaków po Puszczy Augustowskiej, nie było trudno jednak szybko. Na trasie jednak odkrywam awarię - tarcza w tylnym kole rzęzi jak przyśpieszam, pomaga lekkie dociśnięcie klamki - czeka mnie robota na przerwie mam nadzieję, że tarcza nie jest zbyt krzywa. Po 16:00 jesteśmy w bazie, naładowany miodem oraz batonikiem wciskam tylko pączka i popijam odrobiną piwa. Zapobiegawczo montuje akumulator - nie wiadomo co po drodze będzie, a zachód słońca jest przed 19:00 - lepiej dmuchać na zimne. Smarowanie łańcucha i lekka regulacja hamulca - na szczęście tarcza wygląda ok.

Po pierwszej pętli, konie w nogach nie ostygły i mając moc ponownie ruszamy w grupie - do zrobienia 50 km, trasa równie szybka i łatwa, a nawet za szybka bo miała mniej niż obiecywane pół setki. Grupa jedzie dość zwarcie czasami się rwie i jest nas juz mniej niż poprzednio - do objechania j.Sajno po szlaku GV i kanał Augustowski, po drodze pod koniec spotykamy dwóch wyjadaczy jak robią skok na trzecią pętlę - czułem ból w nadgarstkach i postanowiłem, że resztę jadę na rozblokowanym amorze, tym bardziej, że strasznie terkotał mapnik na lemondce - zapomniałem zabrać gąbki na rurki, a tarka na szutrze robiła swoje. W bazie wreszcie ciepły posiłek makaron z sosem, trochę kawy, banan - szybko sie przebieram, zapowiedzi pogody nie są optymistyczne ale grupa sie nie przejmuje - popijając piwo studiujemy mapę i szykujemy się do wyjazdu. Przygotowany na deszcz przypominam Gosi że warto zabrać czapkę, bufa, wiatrówkę i na pewniaka ochraniacze na buty - wiem z autopsji że na mokro wiatr nie jest przyjacielem i zabiera ostatnie resztki ciepła a fabryka ma pracować na rzecz pedałowania a nie ogrzewania.

Ruszamy w trzeci krąg - nie będzie łatwo, jest ciemno, a z mapy wynika że mamy trochę leśnych ścieżek do pokonania i kilka zgubnych rozjazdów - dodatkowo nasz synoptyk zakomunikował że idzie deszcz i może nas ominie okienkiem, ja jednak nie wierzę w prognozy i mając tyle kilometrów za sobą w szybkim tempie modle się w duszy aby nie było urwania chmury. Jadąc na rozbiegu przez Augustów rozmarzyłem się - zatęskniłem za ciepłem domowym i pyszną kolacją, jednak ostre czerwone światło kolegi Jarka przerwało moją sielankę i pocisnąłem do przodu bo jechać się za nim nie dało - postanowiłem sie trzymać bardziej środka. Przecinamy szosę mając około 30 km za sobą i rozważając kierunek robimy postój na rozdrożu szukając czerwonego rowerowego wraz z pieszym gdy z krzaków wynurza się tubylec - miejscowy, a jednak się zgubił, po krótkiej chwili dowiedzieliśmy się że był nauczycielem polonistą i wraca z zakrapianej imprezy do domu juz dość długo - wcale to nasz nie dziwiło bo my tez mieliśmy problem z orientacją, a co miejscowy w takim stanie. Po krótkiej przerwie startujemy dalej - długo nie poszaleliśmy za Krasnem przed Żabickie pierwsza zmyłka na szosie w poszukiwaniu zjazdu do lasu, noc i zmęczenie daje o sobie znać - z pomocą przyszły oznaczenia na drzewach i wracamy na szlak z mapy. W powietrzu czuć nadchodzący deszcz a pewnikiem jest co raz pojawiająca się kropla na oksach, dynamitu w nogach już nie ma i czasami jadę szarpanego aby nie zostać z tyłu jednak grupa pruje dalej, aż za Rudawką wpadamy w las i znowu zmyłka w nawigacji, mało brakowało aby zobaczyć brzeg Czarnej Hańczy. Po odnalezieniu drogi pogoda już nas nie rozpieszcza - zacina lekki deszcz a na otwartej przestrzeni dopełnia zniszczenia wiatr więc postanawiamy w Strzelcowiźnie zaciągnąć na siebie ciuchy i kto chce ochraniacze - Goska była uparta, jak to kobiety. Z podniesionym komfortem cieplnym i krótkim przystankiem mogłem kręcić dalej jednak nie trwało to długo - wjechałem na asfalt przy j.Serwy i monotonna jazda zrobiła ze mnie towarówkę a gdy mijałem Mołowiste pierwszy raz w życiu przysypiałem na rowerze aż do przystanku w Przewęzi - wtedy żałowałem że nie mam cukierków z kawą albo jakiegoś powera w płynie dopiero był zażynek, odcinek wokół Białego Augustowskiego trochę mnie rozbudził i pomyślałem o piwie, kawie i ciepłym posiłku co dało moc. Grubo po 1:00 byliśmy w bazie mając ponad 100 km - jak najszybciej zdarłem mokre ciuchy i przebrałem się do następnej trasy - rozważaliśmy wyjazd w deszcz zajadając się makaronem, wypiłem piwo i liznąwszy kawy przy krótkich uzgodnieniach postanowiliśmy, że idziemy spać aż przestanie padać.

Była 5:00 jak mój budzik postawił mnie na nogi - po krótkim rekonesansie za drzwiami, pobudka i szybko zbieramy się do jazdy - ma nie padać więc jest szansa skończenia. Po krótkim posiłku i ciepłej herbacie startujemy - wpadamy na szosę i w Szczerbie wpadamy na szuter - jest juz jasno i mkniemy do wielkiego krzyża za którym mamy zawrócić aby dotrzeć do Świętego Miejsca - nawigacja idzie gładko, a i tempo zacne więc szybko osiągamy cel pośredni gdzie robimy przerwę na fotkę i zwiedzamy obiekt sakralny gdzie przywitał nas mały kociak. Półmetek za nami i po drodze mała kraksa - druga Gosia łapie błotko i miękkie lądowanie bez uszczerbku na zdrowiu i sprzęcie. Wskakujemy z lasu na Rajgrodzką równoległa do obwodnicy - grupa rozciągnięta na jakieś dobre 500 metrów, Gośka każe mi jechać do przodu jednak nie zostawiam jej samej każę jej wskoczyć na koło i powoli wleczemy się do czołówki bo czułem że jadę jak po bułki do sklepu a danie w gaz nic nie pomoże. W Augustowie ściskamy grupę i z uśmiechem na twarzy wpadamy do bazy przed 9:00 witani przez organizatorów - przebieranko, szybki przepak i powoli zbieramy się do wyjazdu żegnając się z uczestnikami a zarazem witając pierwszych pieszych schodzących z setki jak trupy - choć pierwszy wyglądał jak po spacerze.

Pomimo bólu d... i nadgarstków jestem zadowolony jak małe dziecko, brak snu i pogoda dały w kość jednak się udało i to najważniejsze. Czy przyjadę następny raz? Kameralnej imprezy w wyśmienitym towarzystwie w 2018 roku w Puszczy Białowieskiej nie opuszczę. Do zobaczenia.


5,0
(1)


icon-helpcenter
icon-helpcenter
icon-helpcenter
Bikemap Newsletter
Top